Z pamiętnika miłośników słowa

2009-06-02

Ad qualificatio

Opublikowane jako: Zdaniem tłumacza — gosia @ 12:49

Naszła mnie pewna refleksja na temat kwalifikacji zawodowych.

Ostatnimi czasy zdarzyło się tak, że do naszego biura zadzwoniła pewna Przemiła Pani, która oświadczyła, że chce być tłumaczem. Na pytanie, tłumaczem czego, z czego i na co, Pani odpowiedziała, że chyba nie do końca wie, ale przez 8 lat była urzędniczką i pisała korespondencję po angielsku i teraz urodziła dziecko i chciałaby coś robić w domu i przy dziecku, więc pomyślała, że zostanie tłumaczem, bo przecież angielski trochę zna. Pani najpewniej nie zdawała sobie sprawy, że jej wyznanie  zbiło słuchacza z  tropu oraz że nawet dla uszu osoby, która nie przetłumaczyła w życiu więcej niż ze dwa napisy na drażach chińskich, słowa „zostanę sobie tłumaczem bo bym w domu posiedziała” brzmiałyby jak pochodzące z innego uniwersum, gdzie o tłumaczeniu nie słyszał nikt, ale to absolutnie nikt.

Prawda bowiem jest taka, że nie każdy, kto zna język obcy, może zostać tłumaczem, nie każdy ma do tego predyspozycje. Mądrość, do której dochodzi się albo siłą i refleksją osobistą, albo drogą przyswajania sobie wykładów z translatoryki, jest taka, że znać język obcy i mieć ciekawy idiolekt to jakaś 1/10 zdolności potrzebnych do tłumaczenia. Techniki, strategie, umiejętności ćwiczy się w praktyce i na studiach, których nie kończy się dla zabawy, ale dlatego, że naprawdę tak trzeba. Dopuszczać możliwość, że da się tłumaczyć gdzieś coś u kogoś, kto nie pyta o kwalifikacje, to tak, jak zakładać, że można być lekarzem-specjalistą bez kwalifikacji.

Tłumaczenie stanowi operację mentalną, ale nie znaczy to, że jest przez to działaniem mniej precyzyjnym, ani, że wymaga mniejszych umiejętności czy powołania. Jak tłumaczyć, to dobrze, doskonale, w stu procentach ekwiwalentnie i adekwatnie, oddając możliwie wszystko, wszystko, co w tekście oryginalnym jest, począwszy od podobnego układu i długości tekstu, skończywszy na podobieństwie stylu autora i stylu  tłumaczenia. Tego wszystkiego nauczyć się można między innymi na studiach i to nie dla przyjemności studentów albo dla krotochwili trwają one pięć lat.

Oczywiście, można tłumaczyć bez przygotowania teoretycznego i praktycznego, operować na otwartym sercu też można bez jednego i drugiego, choć za zdrowie i życie operowanego delikwenta nie ręczę. Do pewnych konstatacji można dojść na drodze własnych przemyśleń, ale np. żeby tłumaczyć z zachowaniem ekwiwalencji to najpierw wypadałoby się jakoś dowiedzieć, czym ta tajemnicza i niemal ezoteryczna ekwiwalencja jest.

Tłumaczenie to nie zabawa, jest to praca i to praca o olbrzymiej odpowiedzialności, najpierw przed samym sobą, potem zaś przed docelowym odbiorcą tłumaczenia . Nie przez przypadek zajęcie to tak pociąga perfekcjonistów, czasem umiarkowanych, czasem skrajnych, jednym słowem jednak ludzi, którym dobrze znane jest umiłowanie szczegółu i którzy nie przechodzą obojętnie obok losu przecinków czy spójników. Nie wykluczam jednak możliwości, że istnieją naturally born translators, urodzeni  by tłumaczyć, studiów ani praktyki niepotrzebujący, cuda wszak zdarzają się co dzień i nie tylko w wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem.
Nie nauka lecz chęć szczera zrobi z ciebie transletera, chciałoby się sparafrazować Przemiłą Panią. Ale nie, nie można. Nie w tym zawodzie i przede wszystkim nie w tym biurze tłumaczeń. Kwalifikacja nade wszystko! - zakrzyknę i tym bojowym akcentem zakończę tę notkę.

Michalina

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz

Oparte na WordPress